Nalot
Sznur przeplatam przez oczka puste.
Zaciągam go plotę węzełek wyszła wstążka.
Nie tylko dla ozdoby.
Tupię butem o podłogę,
stopa w nim dobrze leży.
Mundur poprawiam gotowy.
Nie ma czasu na myśli proste.
Rozkaz w szatni wybucha jak granat hukowy:
"Ruchy kurwa ruchy.
Ogień na polu nie czeka."
Biegnę ustawiam się w kolejce.
Stoję, czekam.
Wyglądamy jak Chiński mur który zmierza donikąd.
Może po nagrodę za życiowy sukces:
Uwagi w szkole, wybitne wyniki w nauce ha ha ha.
Osądzony przez domowników, etykieta szkolna na czole.
To nie ekran monitora. Tu nie zginę setny raz a raz.
To nie dam pauzę na zrobienie kawy.
Dotarłem donikąd Pan bez wyrazu wyręcza mi czarny strzałowiec — metalowy zabijak.
Kurwa żebym chociaż strzelił kiedy będę musiał a nie zastygnę jak zastygła lawa.
Na wierzchu jak kamień w środku ogień.
Kolejny rozkaz wybucha:
"Do boju"
I znów biegiem:
lewa na przemian z prawą,
kończyny gonią się na przemian.
W oddali sieka ogień.
Nad metalową ochroną głowy lecą metalowe odznaczenia ten zgniłą w biegu, inny w ukryciu. O tamten w natarciu a ty przeżyłeś?
W bocznej nodze wyczuwam wibrację.
Dostałem?
Nie to Mój telefon? co on.
Halo, kto mówi?
"Kochanie kup bułki i jajka."
To pomyłka!
Hallo ?
"Padnij nalot!"