Spacer
Oczy wynurzam z ciemności.
Leżę.
Ściany jaśnieją porankiem.
Obracam głowę.
Patrzę na, miejsce
po osobie.
Tak mi bliskiej jak ja sam sobie.
Skomlę
Łzy napierają na zamknięte powieki
jak silny strumień na zaporę.
Moja ma szczeliny. Twarz moknie.
Cienie wędrują po sypialni.
Pora się ruszyć.
Jak sportowiec zaczynam od wysiłku.
Zamiast sztangi dźwigam kołdrę.
Zamiast do tarczy trafiam w kapcie.
Kiedy już siedzę na łóżku to jak skoczek na ławce.
3, 2, 1 hop!
Odbijam się, wstaję.
Czasem polecę.
Odgłosy mojej egzystencji odbijają się echem w psutym mieszkaniu.
Podchodzę do okna.
Z trudem je otwieram.
Twarz wystawiam na zimny powiew.
Zaprasza mnie mnie wiatr do wspólnego spaceru.
Poczekaj zaraz zejdę.
Szarpię się z oknem.
Zamykam.
Stoję.
Płaszcz okrywa cienkie ciało.
Buty ślizgają się po chodniku.
Wiatr bierze mnie pod rękę idziemy na spacer.
Idziemy razem ze wszystkim co zostało i co jeszcze życie przyniesie.